You are sent to take
Every time I fall
Every piece of me
You are my faith
You are my faith
Every sign you've made
To tell me who I am
Your flavor in my mind swings back and forth between
sweeter than any wine, and bitter as mustard greens
Light and dark as honeydew and pumpernickle bread
The trap I set for you seems to have caught my leg instead
Can't you see that your big promise
Fell apart in '73
Give yourself to something honest
what makes a man today
When I was young I made a plan
That I would never break myself
When I was a kid, You fucked me in the ass,
but I took my pen to paper and I passed,
You know I love the shit, cause the shit it tastes so good,
I got pastures waiting in the woods.........
Juz ponad dwa miesiące płyta ta nie daje mi spokoju. Wszystko zaczęło sie od jakże znanego i popularnego hitu "Young Folks":
Na początku, znajdywałem go na każdej możliwej stronie muzycznej, którą przeglądałem później "katowała" mnie Paula wygwizdując tą melodię w Kucharach w Lipcu. Po powrocie z kursu postanowiłem zagłębić się w inne fragmenty twórczości tej szwedzkiej formacji.
Uderzyła mnie lekkość i ilość "niewykorzystanej" przestrzeni w tym albumie. Melodie są proste i zapadające w pamięć, tak ze później trudno wybić je sobie z głowy. Pierwsza piosenka, która mnie prawdziwie uderzyła było "Up Against The Wall" z pięknym tekstem i świetna gitara. "Paris 2004" najprostsza, ale zarazem jakże chwytliwa:
I'm all about you,
You're all about me,
We're all about each other.
Simple, but beautiful.
"The Chills", "Let's Call It Off", "Start To Melt" uwielbienie dla tych kawałków przyszło później i teraz album jako calosc jest mym zdaniem doskonałym dziełem w niedocenianym powszechnie popie.
Polecam wszystkim.
Zapraszamy serdecznie na wykład:
Marcina Barańskiego
"Buddyzm w życiu codziennym"
sobota 20.10.2007 godz 11:30
Uniwersytet w Białymstoku
pl. Uniwersytecki 1, sala 108A
Każda mieścina we Flandrii ma swoją własną kapelę rockową, która gra wszędzie, gdzie tylko może i marzy o wielkiej karierze. Trójka nie do końca sprawnych muzyków - wokalista ma wadę wymowy, basista sztywną rękę, a gitarzysta jest głuchy - szuka perkusisty do swojego zespołu The Feminists. Słynny pisarz Dries pasowałby do tej roli idealnie, ale ma też inny plan. Podstępnie postanawia spotkać się z zespołem, wywołując pośród jego członków sprzeczki, które mogą zaważyć na przyszłości grupy. Sprawy przyjmują dość gwałtowny obrót, a Dries skutecznie przekonuje członków zespołu, by skoczyli sobie nawzajem do gardeł. Niekonwencjonalna adaptacja dzieła znanego pisarza z Flandrii, Hermana Brusselmansa. Ostry, mroczny, odważny i chwilami komiczny film, w którego ścieżce dźwiękowej znalazły się utwory flandryjskich zespołów rockowych.
W piątek zeszłego tygodnia rozpoczął sie Warszawski Festiwal Filmowy. 150 filmów z całego świata w 9 dni. Straaasznie krotko! Ciężko sie zadecydować co obejrzeć, a co sobie odpuścić, problemy ze zgraniem terminów by filmy nie były akurat w tym samym czasie. Ale nic to.
Pierwszą produkcją, którą miałem obejrzeć w ramach WFF był amerykański "Skills Like This" , niestety gdy dotarłem z Ewa na miejsce okazało sie ze bilety sie skończyły. Jednak nie zrażeni tym postanowiliśmy kupić bilety na inny film który leciał w tym czasie. Padło belgijski "Ex-Drummer" i nie jestem pewien czy nie było to szczęśliwe zrządzenie losu, gdyż okazało sie to być genialne dzieło!
(Odbiegając na chwile od tematu samego obrazu muszę nadmienić ze mile mnie zaskoczyło to ze gdy weszliśmy na sale, wszystkie fotele były pozajmowane, a my musieliśmy zająć miejsca na schodkach. W mym rodzinnym Białymstoku taka frekwencja byłaby nie do pomyślenia. Brawo!)
Streszczenie zamieściłem na samym początku wpisu zatem nie będę sie powtarzał i przejdę od razu do tego jakie wrażenie wywarł on na mnie. Z myślałem ze będzie to lekko gorzka czarna komedia z silna krytyką "wyższych" sfer. Cos w stylu "Kolacji dla palantów" tylko bardziej ekstremalne. I przez dłuższy czas tak tez ten film sie prezentował. Gorycz, beznadzieja i nieporadność życiowa biła od głównych bohaterów. Film przez cały czas trwania wywołuje pewien niesmak i dotyka prywatnych sfer życia w sposób okrutny i bezkompromisowy. Kulminacyjna scena zapiera dech w piersiach i ogląda sie ja z otwartymi ustami. Nagle zapalają sie światła i człowiek nie mogąc wydusić z siebie słowa docenia geniusz autora i reżysera, lecz zarazem jest przerażony tym co zobaczył. "Świat jest straszny" - to była pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy.
Później było spotkanie z jednym z aktorów z filmu, podczas którego odpowiadał on na pytania. Na którym niestety trochę sie zasiedziałem w skutek czego uciekł mi autobus i musiałem czekać godzinę na kolejny nocny. Lecz wszystko ma swoje plusy, gdyż czas ten spożytkowałem na późną herbatkę z Ewą. ;)